ikamien.pl • Czwartek [15.03.2018, 08:23:05] • Świat

Sputnikiem dookoła Ziemi – zamknięta pętla

Sputnikiem dookoła Ziemi – zamknięta pętla

Nowa załoga Sputnika III( fot. Sputnik Team )

Za kilka lat minie pięć wieków od momentu, gdy do hiszpańskiej Sewilli resztkami sił dowlekły się strzępy wyprawy Magellana, która jako pierwsza w historii opłynęła naszą planetę. Tym samym udowodniono teorię o kulistości globu i istnieniu użytecznych nawigacyjnie okołoziemskich dróg morskich. Choć od tego czasu spora ilość żeglarzy, marynarzy i lotników opasała kulę ziemską wszelkimi możliwymi wariantami okrężnych pętli, to dokonanie tego na małym jachcie żaglowym wciąż uchodzi za trudne i z wielu względów skomplikowane przedsięwzięcie.

Wyruszając niespełna cztery lata temu z Mariny Kamień Pomorski w rejs dookoła świata nie miałem pojęcia jak potoczy się los naszej wyprawy i czy w ogóle uda nam się osiągnąć zamierzony cel. Praktycznie bez oszczędności, z żoną w ciąży i na malutkim, czterdziestoletnim jachcie miałem wiele powodów do rozmyślań... Co prawda szkic trasy istniał już dwa lata przed oddaniem cum, gdy w pełni korzystałem z przywilejów stanu kawalerskiego, ale od początku wiedziałem, że stanowi on tylko ambitny punkt wyjścia i na pewno ulegnie wielokrotnym modyfikacjom. Według pierwotnego planu rejsu „Sputnikiem dookoła Ziemi”, kursy startowy i powrotny wyprawy miały się przeciąć w okolicy Wysp Zielonego Przylądka lub Wysp Kanaryjskich w czerwcu 2018 roku.

Plany planami, a życie napisało przez ostatnie lata więcej modyfikacji pierwotnego scenariusza, niż kiedykolwiek byłbym w stanie sobie wyobrazić! Po pierwsze przygodowy rejs rekreacyjny szybko zmienił się w rodzinny rejs prokreacyjny, a po drugie Sputnik II zamienił się po drodze w Sputnika III, natomiast trasy obu jachtów przebiegły w znacznej części zupełnie nie branymi pod uwagę wariantami oceanicznych szlaków.
Nieoczekiwany obrót spraw doprowadził mimo wszystko do tego, że 27 lutego 2018 roku Sputnik III zacumował dokładnie w tym samym miejscu, gdzie 30 czerwca 2015 roku bujał się przy kei Sputnik II, czyli w maleńkim porciku Symi na greckiej wysepce o tej samej nazwie. Tym samym pętla pierwszego kamieńskiego rejsu dookoła świata została zawiązana!
- Nie mogę uwierzyć, że to już! - Zwierzałem się Tomkowi i Mirkowi, którzy byli moją załogą na tym historycznym etapie wyprawy. - Zaledwie dwa i pół roku temu byłem tu razem z Karoliną, ośmiomiesięcznym synkiem i teściową. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że właśnie w tym miejscu zamknę pętlę na większym jachcie, podczas gdy moja żona będzie w tym czasie oczekiwać drugiego dziecka, to prawdopodobnie bym tego nie kupił. To co wydarzyło się przez ten czas, to chyba jakiś nieprawdopodobny sen!
- A jednak! - Gratulował mi Tomek. - Udało ci się! Teraz już nikt nie wciśnie ci kitu, że Ziemia jest płaska, chociaż ostatnio w naszym kraju pojawiły się siły kwestionujące dokonania Kopernika. Niewykluczone że niedługo zostaniesz uznany za niewygodnego heretyka!
- Wygląda na to, że niczego nie można już być pewnym, na szczęście na swoją obronę mam twarde argumenty w postaci przepłyniętych mil i kroniki wyprawy. To powinno wystarczyć do uratowania mnie przed stosem. - Żartowaliśmy, wznosząc kolejne toasty.
Dla jasności sytuacji podsumowałem na szybko pewne fakty.
Sputnik II wyruszył z Kamienia Pomorskiego 03 maja 2014 roku. Do 30 czerwca 2015 roku zdążyliśmy nakręcić na log ponad 4600 mil i opłynąć całą zachodnią Europę, zapuszczając się aż do Turcji i na grecką wyspę Symi, która stanowiła wtedy najdalej na wschód wysunięty punkt naszej trasy. W tym czasie urodził się Bruno i rejs nabrał typowo rodzinnego charakteru. Z Grecji pożeglowaliśmy Sputnikiem II z powrotem na zachód przez całe Morze Śródziemne i dalej na Kanary. Atlantyk przeskoczyłem solo, w obawie o bezpieczeństwo rocznego synka. Wylądowałem w Le Marin na Martynice, gdzie dołączyła do mnie rodzina. Tam spędziliśmy niezwykły rok, podczas którego ciężko pracowałem, dzięki czemu mogliśmy sprzedać Sputnka II i kupić od zaprzyjaźnionego żeglarza Henia udział w większej i wygodniejszej Aliannie, przechrzczonej od razu na Sputnika III. Tym jachtem przeprawiliśmy się przez Kanał Panamski, Pacyfik, Morze Arafura i Ocean Indyjski aż do Sri Lanki, gdzie ze względów bezpieczeństwa ponownie wyokrętowałem rodzinę, a zaokrętowałem przyjaciela Leszka. Razem, przez Morze Arabskie, Czerwone, Kanał Sueski i wschodnią część Morza Śródziemnego dotarliśmy aż na grecką wyspę Rodos. Kilka dni potem, 27 lutego 2018 roku z nową załogą domknąłem pętlę na Symi, odnotowując na logu ponad 29800 mil od początku rejsu. Po odjęciu od tego początkowych 4600 mil, przebytych z Kamienia Pomorskiego na Symi, wokółziemska pętla rejsu „Sputnikiem dookoła Ziemi” wyniosła około 25200 mil morskich. Od tego momentu rozpoczął się powrót Sputnika III do domu.

Jeszcze kilkanaście dni wcześniej myślałem, że ten magiczny krąg zamknę w towarzystwie Leszka, ale ważne sprawy rodzinne ściągnęły go z jachtu zaledwie 20 mil od Symi. Wcześniej jednak przeżyliśmy razem sporo ciekawych przygód. Te najbardziej emocjonujące dotyczyły oczywiście przelotu ze Sri Lanki do Suezu, podczas którego musieliśmy przemknąć się przez zagrożone piractwem rejony, natomiast podczas naszego późniejszego pobytu w Egipcie, tranzytu Kanału Sueskiego i dalszej żeglugi przez Cypr aż na Rodos też nie mogliśmy narzekać na nudę.

Sputnikiem dookoła Ziemi – zamknięta pętla

Park archeologiczny w Paphos( fot. Sputnik Team )

Zupełnie nie wiedzieliśmy czego oczekiwać po naszej wizycie w Egipcie. W ciągu ostatnich kilku lat w tym muzułmańskim kraju dochodziło do tylu zmian i zawirowań, że żadne przewodniki żeglarskie, ani nawet jachtowe fora internetowe nie nadążały z aktualizacją informacji interesujących takich jak my żeglarzy. Co się tyczy zorganizowanej turystyki all inclusive skupionej wokół zamkniętych kurortów i chronionych przez wojsko turystycznych atrakcji nijak się ma do sytuacji oderwanych od przemysłu wczasowego i podróżujących na własną rękę włóczęgów. Nasze osobiste wrażenia z tego kraju okazały się mocno mieszane.
Odprawa zorganizowana w marinie przez wynajętego wcześniej pośrednika poszła niespodziewanie gładko i bezstresowo. W zasadzie polegała ona na wypiciu z agentem kawy w barze mariny i udostępnieniu mu dokumentów jachtu oraz paszportów. Oczywiście wszystkie mądre poradniki ostrzegają przed utratą z oczu, a tym bardziej powierzaniem komukolwiek paszportów, ale spróbujcie trzymać się tego w Egipcie! Ostatecznie zanim zdążyliśmy sklarować jacht po długim przelocie i zatankować wodę, mieliśmy z powrotem nasze paszporty z wklejonymi wizami. W międzyczasie obsługa mariny błyskawicznie przywiozła nam na jacht dwieście litrów taniej ropy, o której ledwie zdążyliśmy napomknąć, a dyżurujący pod bramą dziadek od wszystkiego zorganizował nam torbę całkiem niezłego, egipskiego piwka. Mogliśmy ruszać do miasta.
Najbliższa okolica portu nie zaskoczyła nas niczym szczególnym poza wszechobecnym wojskiem i policją, natomiast Suez i jego przedmieścia to niestety jedno z najbrzydszych miejsc w których kiedykolwiek byłem... Zawalone górami śmieci i zniszczone, przeludnione ulice wyglądają niewiele lepiej niż pokazywane w mediach obrazy wojenne z Syrii. Na każdym kroku widać upadek ekonomiczny Egiptu. A może tutaj nigdy nie było lepiej? Brak mi porównania do sytuacji z przeszłości, ale od osób śledzących sytuację dowiedziałem się, że ostatnie lata nie były dla kraju zbyt szczęśliwe. To przykre, bo przecież bogate zasoby ropy naftowej, lokalizacja Kanału Sueskiego i potencjał turystyczny predysponują Egipt do roli lidera północnej Afryki. Wśród zdemolowanych i zakurzonych zakamarków Suezu czuliśmy się jednak wyjątkowo bezpiecznie i ani razu nie spotkaliśmy się z wrogością ze strony mieszkańców. Przeciwnie, przy zachowaniu przez nas zdroworozsądkowych zasad ostrożności traktowani byliśmy uczciwie i ze szczerą uprzejmością. Oczywiście wcześniej zasięgnęliśmy języka na temat poziomu lokalnych cen, żeby ułatwić sobie ewentualne negocjacje, zazwyczaj jednak liczono nas jak każdego innego klienta. Takie spontaniczne zapuszczanie się do pozornie nieciekawych, nieodwiedzanych przez turystów miejsc, pozwoliło nam odkryć bogactwo przepysznej i taniej ulicznej kuchni egipskiej. Zajadaliśmy się do woli oryginalnymi baranimi i wołowymi kebabami, falafelami, kiszonymi warzywami wszelkiej maści i dziesiątkami innych przysmaków, których nazw nawet nie staraliśmy się zapamiętać. Tutejsze świeże warzywa i owoce uprawiane na żyznych glebach delty Nilu uważam za jedne z najsmaczniejszych na świecie.
- Ciekawe czy dopadnie nas słynna zemsta faraona? - Zastanawiał się Lechu podczas jednego ulicznych posiłków.
- Gdyby polski sanepid zobaczył w jakich warunkach tu jemy, to prawdopodobnie od razu ewakuowałby nas do szpitala zakaźnego na miesięczną kwarantannę. Ale moim zdaniem nie mamy się czego obawiać. Wszystko tu jest świeże i całe jedzenie schodzi na bieżąco. Wydaje mi się, że problem zemsty faraona dotyczy raczej dużych ośrodków wczasowych, gdzie w przemysłowych kuchniach podają wielokrotnie odgrzewane potrawy, lub jedzenie przygotowane z mrożonek przechowywanych w nieodpowiedniej temperaturze.
Uliczne przysmaki ani razu nam nie zaszkodziły, a po oswojeniu się z najbliższą okolicą nabraliśmy ochoty na dwudniową wyprawę do Kairu. Do wyboru mieliśmy wynajęcie auta, auta z kierowcą, taksówkę, autobus lub pociąg. Wybraliśmy najtańszy i preferowany przez miejscowych środek transportu czyli autobus, który w ciągu dwóch godzin dowiózł nas wygodnie do centrum stolicy. Po drodze mijaliśmy monotonny i szaro-brązowy, pustynny krajobraz. Wszechobecny pył przysłaniał słońce, a w samym Kairze mieszał się ze smogiem i wgryzał się w drogi oddechowe i oczy. Nie mogliśmy pojąć, jakim cudem mieszkańcy miasta mogą funkcjonować bez masek przeciwpyłowych.
- Szukamy jakiegoś autobusu który jedzie pod piramidy? - Pytał Lechu.
- Nie sądzę, żebyśmy się połapali w tym przytłaczającym ruchu ulicznym. Najlepiej złapmy taksówkę. To i tak jedna z niewielu stolic na świata, w których nas na nią stać.
Po chwili przebijaliśmy się taksówką przez ogromne miejskie korki. Panujący w Kairze jazgot klaksonów przyprawia o ból głowy. Tutejsi kierowcy nie używają świateł ani kierunkowskazów i nie uznają żadnych przepisów drogowych. Cały ruch opiera się na wymuszaniu pierwszeństwa przejazdu i ciągłym trąbieniu na innych kierowców.
- Całe szczęście, że nie skusiliśmy się na wynajęcie auta! - Krzyczałem do Leszka przez ogłuszający hałas. - Nie przetrwalibyśmy tu nawet piętnastu minut!
- To jakiś cyrk! Zwróciłeś uwagę na to, że znaczna cześć samochodów nie ma w ogóle reflektorów? Przejście przeglądu technicznego polega tu chyba tylko na sprawdzeniu klaksonu! Bez niego auto jest niesprawne!

Sputnikiem dookoła Ziemi – zamknięta pętla

Z Leszkiem w Grecji( fot. Sputnik Team )

Przy wejściu pod piramidy od razu przyczepił się do nas stary taksówkarz, który starał się namówić nas na oglądanie tych starożytnych budowli z grzbietu konia lub wielbłąda. Postanowiliśmy zapoznać się bliżej z oferowaną atrakcją i po dowiezieniu na miejsce wynegocjowaliśmy rozsądną cenę za przejażdżkę konno po pustyni.
- Nie chcecie wielbłąda? - Dziwił się właściciel interesu. - Mogę dać wam dobrą zniżkę.
- W żadnym wypadku! - Protestowałem. - Na koniach jeździć potrafimy i wiemy czego się po nich spodziewać, a te wielkie śmierdzące bestie nie robią na nas dobrego wrażenia. Perspektywa upadku z trzech metrów na kawałek jakiegoś sfinksa jest dla nas mało atrakcyjna. Zostajemy przy koniach.
Zaraz po osiodłaniu wierzchowców ustawiła się cała kolejka pomocników żądających bakszyszu za potrzymanie wodzy, zawołanie przewodnika, otworzenie otwartej bramki i życzenia udanej wycieczki. Wszystkich interesantów możliwie uprzejmie i cierpliwie odsyłaliśmy do właściciela biznesu, z którym negocjowaliśmy kompleksową cenę za usługę. Po zatoczeniu kilkukilometrowej pętli wokół piramid cieszyliśmy się, że nie zdecydowaliśmy się obchodzić ich na piechotę. Ten starożytny cud świata jest gigantyczny i zrobił na nas oczekiwane wrażenie, ale cała tandetna i hałaśliwa otoczka, którą Egipcjanie stworzyli wokół monumentu potrafi wywołać niesmak u gości, pragnących w spokoju kontemplować dokonania wymarłej cywilizacji. Oczywiście na koniec przejażdżki nasz opłacony z góry przewodnik również zażądał bakszyszu i wydawał się wielce obrażony, po otrzymaniu ledwie symbolicznego napiwku. Jego również odesłaliśmy do szefa, który nie omieszkał w imieniu swojego pracownika upomnieć się o więcej.
- Mój pracownik nie jest zadowolony! Czemu nie daliście mu więcej pieniędzy?
- Czy my wyglądamy jak chodzące bankomaty? - Zapytałem. - Ustalałem z panem kompleksową cenę za usługę i zupełnie mnie nie interesuje jak rozlicza się pan ze swoimi ludźmi. Ja płacę panu, a pan płaci swoim pracownikom. Gwarantuję, że tak to się odbywa na całym świecie i proponuję wprowadzić nowe standardy.
Z lekkim niesmakiem wsiedliśmy do taksówki, która zawiozła nas do „wliczonego w cenę” muzeum papirusów. Już za progiem zorientowałem się, że coś jest nie tak.
- Lechu, to nie jest żadne muzeum tylko tandetny sklep z pamiątkami. Nie ma tu ani jednego zabytkowego obiektu. Wszystko co tu mają to kiczowaty sitodruk wykonany na kawałku przemysłowego papirusu. Spadajmy stąd...
Nasz kierowca popijający podaną mu herbatę zaczął się wyraźnie denerwować widząc, że tym razem nie trafił na kolejnych frajerów.
- Macie panowie wielkie szczęście! - Przejął inicjatywę sprzedawca pamiątek. - Specjalnie dla was na każdy papirus proponuję 50% zniżki!
- Dziękujemy bardzo, ale właśnie wychodzimy i nie zamierzamy niczego kupować. Nawet, gdyby obniżył pan cenę o kolejne 50%. - Oświadczyłem.
- W takim razie jaką cenę pan proponuje? Na pewno dojdziemy do porozumienia.
- Nie proponuję żadnej. Nie potrzebuję papirusowych obrazków nawet gdyby były za darmo.
- Ale przecież to wspaniałe egipskie dzieła sztuki! Może je pan sobie powiesić w domu na ścianie.
- Nie mam ściany na której mógłbym to powiesić. Mieszkam na jachcie i nie będę go tapetował papirusami. Proszę już sobie odpuścić. Nie jestem zainteresowany.
- A czyta pan książki na tym jachcie?
- Tak, czytam.
- No to mam dla pana wspaniałą papirusową zakładkę do książek!
Prawie wybuchnąłem śmiechem. - Jako zakładek używam paragonów z bankomatu czy czegokolwiek co wpadnie mi w ręce. Skończmy już te negocjacje!
- A czy w ogóle podoba się panu w Egipcie?
- Macie bardzo dobre jedzenie... - odpowiedziałem wymijająco.
- W takim razie powinien pan wspierać egipską ekonomię, kupując nasze papirusowe wyroby! - Nie poddawał się sprzedawca.
- Proszę mi wierzyć, że wydałem w Egipcie już wystarczająco dużo pieniędzy by zasłużyć na honorowe obywatelstwo. Dziękuję bardzo i żegnam!

Źródło: http://www.ikamien.pl/artykuly/24422/