ikamien.pl • Wtorek [06.02.2018, 15:44:19] • Świat

Sputnikiem dookoła Ziemi – Sri Lanka

Sputnikiem dookoła Ziemi – Sri Lanka

fot. Sputnik Team

Dwa intensywne i magiczne tygodnie spędzone na Sri Lance stały się punktem zwrotnym rejsu „Sputnikiem dookoła Ziemi”. To tutaj do listy załogi dopisał się nasz karaibski przyjaciel Leszek, a Karolina i Bruno zakończyli zgodnie z planem swój morski etap podróży dookoła świata i ostatnie kilka tysięcy mil wielkiej pętli zamknęli na pokładzie odrzutowca Quatar Airways lecącego do Berlina.

Bez porozrzucanych wszędzie zabawek, kredek, wtartej w materace plasteliny, porozlewanego soku, dziecięcego śmiechu, płaczu i ciągłej troski o bezpieczeństwo małego żeglarza nie mogłem poznać pokładu Sputnika III po powrocie z lotniska. Stara, wierna łajba wyraźnie posmutniała, a pozostała część załogi razem z nią. Nie pozostało nam z Leszkiem nic innego jak czym prędzej przygotować się do wyjścia w morze i pozwolić oceanowi na zaprowadzenie nowego ładu jachtowego życia.

Zanim mogliśmy oddać cumy, konieczne było jednak pozałatwianie paru ważnych spraw. Trzeba było odebrać z naprawy żagle sfatygowane podczas ostatniego sztormu, zrobić duże pranie, uzupełnić wodę, prowiant, gaz, no i przede wszystkim musieliśmy bezwzględnie i ostatecznie rozprawić się z Victorem, portowym szczurem numer dwa, który postanowił wprowadzić się na jacht na początku naszego pobytu w Galle. Z pierwszym gryzoniem walczyliśmy na Tahiti i był to stosunkowo łatwy przeciwnik, natomiast drugi gapowicz wykazywał niezwykły spryt, zamiłowanie do kabli elektrycznych i umiejętność unikania zastawianych przez nas pułapek. Sprężynowe łapki na myszy sprzedały mu co prawda dwa mocne ciosy, ale to tylko wzmogło jego ostrożność. Lokalna trutka na szczury nie robiła na nim wrażenia, a sprzedawany w tutejszych sklepach klej na gryzonie to jakiś kiepski żart. Muzułmańska ekspedientka tłumaczyła mi, że nie posiadają w ofercie mocnych łapek na szczury, bo zabijanie tych gryzoni nie jest zgodne z tutejszą religią. Nie potrafiła jednak uzasadnić z którą z nich, bo na Sri Lance są wszystkie... W każdym razie na podkładce z klejem widać było rano ślady ostrożnie stawianych łapek, które skutecznie wycofały się podejrzanej strefy. Do wyznaczonego terminu odprawy został nam tylko jeden dzień, a Victor wciąż buszował wśród elektryki, odłączając nam zasilanie lodówki i kontrolek na tablicy rozdzielczej, zwiększając tym samym ryzyko poważnej awarii i pożaru. W ostatnim odwiedzonym sklepie żelaznym dostaliśmy jednak to, czego szukaliśmy. Solidną, brutalną łapkę na szczury przypominającą średniowieczne narzędzie tortur. Nocny trzask w szafce pod zlewem zakończył długą i nierówną walkę. Byliśmy gotowi do dalekiej drogi.
Poza solidnym zapasem najlepszej herbaty Ceylon i górą świeżych owoców, na pokład jachtu zabraliśmy pełen wór orientalnych wrażeń z tej niezwykle barwnej i przyjaznej krainy, gdzie każdego dnia mogliśmy liczyć na coś zupełnie nowego.

Już nasze pierwsze godziny na Sri Lance stanowiły zapowiedź ciekawej przygody.
- Galle Port Control, proszę wskazać miejsce, gdzie mamy rzucić kotwicę w oczekiwaniu na odprawę. - Wołałem przez radio obsługę portu.
- Możesz rzucić kotwicę gdziekolwiek naprzeciwko plaży, byle nie blokować wejścia do portu. Poczekajcie tam na marynarkę wojenną. Przypłyną do was w ciągu pół godziny.
Kilka minut po zakończeniu naszego manewru grupa mężczyzn zwodowała z plaży przedpotopową dłubankę z równoważnią, która przypominała mi wizerunki łodzi z czasów egipskich faraonów. Kilku siłaczy zaczęło rozpędzać to antyczne pływadło za pomocą wielkich wioseł i podążać w naszą stronę.
- To chyba nie marynarka wojenna? - Żartowała Karolina
- Chyba raczej tubylcy będą chcieli nam coś sprzedać. - Odpowiedziałem, przypatrując się ciekawemu przedstawieniu.
Kiedy łódź znalazła się kilkanaście metrów od nas, z jej pokładu posypały się energiczne krzyki oznaczające mniej więcej tyle, że mamy się stad natychmiast wynosić. Okazało się, że to plażowi rybacy szykują się do postawienia sieci, a my znaleźliśmy się w samym środku ich starożytnego łowiska. Pocąc się przy manualnej windzie, posłusznie podniosłem kotwicę i przestawiłem jacht w inne miejsce.

Po chwili podpłynęła do nas na pełnym gazie zaniedbana, obdarta motorówka. Jej sternik kompletnie nie panował ani nad sterem, ani nad dźwignią gazu. Gruchot przydzwonił w naszą burtę i jego kapitan z radosnym uśmiechem oznajmił że jest z marynarki wojennej i bezwzględnie nakazuje nam przestawienie się gdzie indziej, bo za chwilę do portu wpłynie okręt wojenny, któremu musimy mu zrobić duuuuużo miejsca.

Zanim zalewany kolejnym potem wybrałem cały łańcuch kotwiczny, sto metrów od nas przemknął zdeformowany, zardzewiały, ale najeżony kilkudziesięcioma różnymi karabinami maszynowymi stary kuter rybacki.
- To temu szerszeniowi mieliśmy zrobić tyle miejsca? Spodziewałem się przynajmniej krążownika, a to przecież jakiś pływający fajerwerk! Postrach pijanych rybaków i hinduskich kłusowników! - Zaśmiewałem się do rozpuku walcząc z ostatnimi metrami łańcucha.
Gdy tylko ponownie opuściłem kotwicę, w kłębach spalin wyskoczyła z portu znajoma motorówka pełna umundurowanych oficjeli. Tym razem jednak wywiesiłem na lewą burtę wszystkie odbijacze. Daremnie! Szalony sternik uparł się by dobijać do nieosłoniętej prawej burty. Po raz kolejny stracił panowanie nad szalupą i radośnie przydzwonił w jacht. Czterech nienagannie wystrojonych oficerów wskoczyło na pokład w wyglancowanych buciorach o czarnych podeszwach, zostawiających długowieczne, pamiątkowe ślady. Beztroscy i uprzejmi panowie wypili po szklaneczce zimnego soku, ucieszyli się na widok ślicznej jachtowej pieczątki i rozkazali wprowadzić jacht do portu. Oślepiony słonym potem zalewającym mi oczy, kolejny raz wytargałem kotwicę i poprosiłem o instrukcję cumowania. Panowie spojrzeli po sobie nie bardzo rozumiejąc co mam na myśli.
- Musisz wpłynąć do portu i tam się gdzieś przywiązać! - Oznajmił odkrywczo najstarszy rangą oficer.
- Dokładnie tak to widzę, ale nigdy nie byłem w tym porcie i nie wiem jak będziemy cumować. Muszę przygotować liny i odbijacze, więc chciałbym wiedzieć czy staniemy burtą, rufą czy dziobem do nabrzeża, czy może jednak muszę rzucić kotwicę lub podebrać boję? Chyba wiecie dokąd płyniemy?
Zapanowała konsternacja. W końcu dotarliśmy do małego basenu, w którym cumowała tylko jedna motorówka. Miejsca było aż nadto, ale z nabrzeża wystawały co kilka metrów długie, stalowe haki, na których ktoś prawdopodobnie planował zawiesić odbijacze. Odbijaczy nigdy nie było, za to szlachetny zamiar projektanta okazał się potencjalną pułapką dla jachtów. Po stresujących manewrach w asyście nie potrafiących posługiwać się liną marynarzy podeszliśmy do kei i zanim jeszcze obłożyłem cumy nasz agent w towarzystwie tłumu przeszkadzających pseudopomocników próbował mi wręczyć plik dokumentów do podbicia i podpisania.
- Proszę mi wybaczyć, ale jeszcze nie zakończyłem manewru! - Zaprotestowałem.
- Tak, tak, rozumiem i przepraszam, ale służby celne, marynarka wojenna, pogranicznicy, policja, wojsko, służby medyczne, ochrona portu i bosmanat czekają na te papiery. Jest już dziesiąta rano a musimy się z tym wyrobić do wieczora. - Tłumaczył nasz zatroskany i sympatyczny agent Chatura.

Sputnikiem dookoła Ziemi – Sri Lanka

fot. Sputnik Team

Po zacumowaniu rozpoczął się korowód służb odwiedzających jacht w celu uzyskania niezwykle ważnej pieczątki i podpisu. Zacząłem rozumieć pośpiech z jakim działał agent. Niektórzy urzędnicy przyprowadzali nawet całkiem zbędnych asystentów i gapiów, którzy chcieli zwyczajnie zaspokoić swoją ciekawość. Nie mieliśmy wyjścia i cierpliwie przybijaliśmy pieczątki. Bez kompletu stempli nie dostalibyśmy sześciostronicowych przepustek, koniecznych do przejścia przez portową bramę, za którą już czekał na nas Lechu.
- Oto wasze przepustki, pilnujcie ich jak oka w głowie. - Powiedział po wielu godzinach nasz pośrednik. - Możecie się tu czuć swobodnie, ale odradzam kontakty z tym policjantem. – Wskazał palcem jegomościa krzątającego się przy nabrzeżu. - Nie wszyscy w brązowych mundurach są źli. W zasadzie to tylko on. To cwaniak, nie dajcie się wciągnąć w żadne z nim interesy. Jeżeli potrzebujecie wodę, dzwonicie do mnie. Port nie ma prawa sprzedawać jej bezpośrednio. Jeżeli potrzebujecie paliwo, dzwonicie do mnie. Strażnicy nie przepuszczą was przez bramę z większą ilością. Jeżeli potrzebujecie gaz, dzwońcie. Butli też nie pozwolą wam wnieść. Jeżeli chcecie zrobić duże zakupy, to musimy to załatwić przez specjalistyczną firmę. Przez bramę przeniesiecie tylko do pięciu kilo na głowę. Jeśli potrzebujecie wynieść żagle do naprawy to również muszę to załatwić przez służby celne przy bramie.
- Oczywiście rozumiem, że za każdą z tych dodatkowych usług będziemy musieli zapłacić... Przyznam szczerze, że w żadnym porcie nie spotkałem się z taką sytuacją. Wasza biurokracja bije na głowę wszystkie inne kraje. Z czego to wynika?
- Niestety, takie mamy prawo. Kiedyś byliśmy brytyjską kolonią i Anglicy wprowadzili wszystkie te idiotyczne procedury żeby kontrolować każdą dziedzinę aktywności gospodarczej. W ten sposób czerpali zyski z kolonii. Władze się zmieniły, ale przepisy zostały. Poza tym niedawno mieliśmy tu wojnę domową. Port w Galle był wielokrotnie celem samobójczych ataków bombowych, więc wciąż jest traktowany jako szczególnie chroniony obiekt strategiczny. Jestem przekonany, że szybko zrozumiecie jak wszystko funkcjonuje i przestaniecie zauważać te drobne niedogodności. Nie dajcie się naciągać kierowcom tuktuków i zakupy róbcie osobiście. Kurs do centrum miasta jest wart 200 rupii, czyli niewiele ponad dolara. Znajdziecie tam wiele dobrych restauracji.
- Widzieliśmy, że w porcie znajduje się kantyna dla pracowników. Czy wolno nam z niej korzystać?
- Wolno, ale nie polecam. Mają tam tylko lokalne snacki i proste posiłki dla robotników. Nie idźcie tam. Nic szczególnego. Jeżeli to wszystko, to żegnam się z wami i jestem pod telefonem. Życzę miłego pobytu na Sri Lance!
Po odbiorze przepustek i serdecznym powitaniu z Leszkiem wróciliśmy na jacht, by w komplecie wybrać się do starego miasta na powitalne piwko.
Oczywiście zahaczyliśmy też o portową kantynę, by osobiście poznać jej ofertę. Zamówiliśmy to co wszyscy i okazało się, że pod samym nosem mamy całodobową jadłodajnię oferującą przepyszne, ostre posiłki kosztujące około jednego dolara! O ile męskiej części załogi pikantna kuchnia od razu przypadła do gustu, o tyle Karolina i Bruno mieli problem by znaleźć w menu cokolwiek, co daliby radę przełknąć.
- Nie, no ja tu raczej nie pojem... Ani Bruno... - Martwiła się Karolina – Te krokiety są pyszne ale już jeden kęs wypala mi kubki smakowe. Możesz poprosić o coś łagodnego?
Po chwili wróciłem z talerzem naleśnikopodobnych przysmaków. - Szefowa kuchni zapewniała, że te będą łagodne. - Oznajmiłem triumfalnie.
Karolina zabrała się za kolejny przysmak, po czym prędko odłożyła go na talerz i chwyciła za butelkę soku. - Nie dam rady! To co dla nich jest łagodne, dla mnie jest górną granicą tolerancji. Trudno, będę musiała gotować sama, bo inaczej padnę tu z głodu.
Za bramą portu zapakowaliśmy się wszyscy czworo do małego tuktuka, który o dziwo pomieścił nas bez większego problemu. Pierwsza jazda nowym środkiem transportu szczególnie spodobała się najmłodszemu podróżnikowi.
Stare miasto Galle budowane przez Portugalczyków, Holendrów i Brytyjczyków to prawdziwy klejnot architektury kolonialnej w tym rejonie świata. Najstarsze istniejące budowle powstały tu już na początku XVI wieku i stanowiły zaplecze handlu przyprawami, klejnotami, olejkami, kością słoniową, słoniami, pawiami, kawą i ostatecznie herbatą, która do dzisiaj stanowi główny produkt eksportowy Ceylonu. Historia Galle jako ośrodka handlowego sięga jednak znacznie dalej, aż do czasów egipskich faraonów, których admirałowie poznali tajemnice żeglugi wykorzystującej zmienność wiatrów monsunowych. Dzięki zdobytej wiedzy starożytni władcy mogli bez większego ryzyka wysyłać latem swoje floty handlowe przez Morze Czerwone i Arabskie w kierunku Indii i Ceylonu. Statki żeglowały na wschód pchane monsunem północno-zachodnim, a wracały w zimie napędzane monsunem północno-wschodnim. Wielu historyków uważa, że naturalny port Galle to biblijny Tarshish.
Słońce zachodziło nad murami starożytnej twierdzy. Z ich szczytu podglądaliśmy układające się do snu miasto, popijając piwko marki Lion. Cieszyliśmy się z naszego emocjonującego, ale bezpiecznego przeskoku przez Ocean Indyjski i aktualizowaliśmy z Leszkiem zaległości w kronikach towarzyskich, które nagromadziły się po obydwu stronach, od czasu naszego pożegnania na wyspie Antigua.
Następnego dnia siedzieliśmy w kokpicie Sputnika III i nad mapą Sri Lanki i zastanawialiśmy się jak dobrze zagospodarować następne dwa tygodnie.

Sputnikiem dookoła Ziemi – Sri Lanka

fot. Sputnik Team

Liczne biura podróży ogłaszające się w przewodnikach oferowały nam cały wachlarz ekstremalnych, egzotycznych i ezoterycznych przygód, połączonych z ekskluzywnymi degustacjami i noclegami w wyjątkowych miejscach, do których zabiorą nas luksusowe, klimatyzowane auta z szoferem. Wszystko to za sto, dwieście dolarów dziennie od osoby...
- Chyba mi się coś przywidziało... - Skomentowałem ceny podane na broszurach, po czym przeczytałem wszystko jeszcze raz. - Nie, jednak mi się nie przywidziało, ale trudno uwierzyć, że ktoś chce płacić dwieście dolców dziennie za wożenie go po kraju, w którym obiad kosztuje dolara, bilet kolejowy na sto kilometrów dwa dolary, a pół dnia jazdy tuktukiem dychę. Proponuję jutro wybrać się na wycieczkę trójkołowcem po najbliższej okolicy. Przy okazji zasięgniemy języka na temat innych możliwości.
Kiedy nad miskami piekielnie ostrego, ale wybornego curry kontynuowaliśmy omawianie planów w portowej kantynie, dosiadł się do nas policjant, przed którym przestrzegał nas Chatura. Był nienaturalnie uprzejmy i za wszelką cenę próbował się z nami zaprzyjaźnić. Udzielił nam nawet cennych wskazówek dotyczących ewentualnej wyprawy koleją w głąb wyspy.
- Nie taki straszny ten gość. Myślę, że może być nawet całkiem przydany. Trzeba z nim utrzymać poprawne stosunki. - Podsumował spotkanie Leszek.
- Tak, wcześniej nawet wpadł na jacht i sprzedał nam dyskretnie banderkę Sri Lanki. Wydaje się sympatyczny, ale na pewno jest tak tylko dlatego, że planuje zrobić z nami jakiś podejrzany interes. Jeszcze się z nim nie ujawnił, ale na pewno niedługo to zrobi.
Tego samego dnia udało nam się nie angażując agenta wynieść z portu pierwszy z dwóch przeznaczonych do przeszycia żagli, które postanowiliśmy oddać w ręce kobiety, prowadzącej nieopodal prymitywny warsztacik zajmujący się takimi naprawami. Na ciekawskie pytania celników portowych odpowiedzieliśmy, że niesiemy żagiel do pralni... W sprawnym przejściu przez bramkę niespodziewanie pomocny okazał się Bruno, który rozkochał w sobie wszystkie strażniczki i połowę strażników, skutecznie odwracając ich uwagę podczas kontroli.
Na wycieczkę tuktukiem po najbliższych okolicach Galle umówiliśmy się z Dilipem, który obsługuje zazwyczaj gości położonego nieopodal starego, kolonialnego hotelu.
- Na pewno chcecie jechać tuktukiem na całodniową wycieczkę? Zazwyczaj turyści wynajmują na takie okazje klimatyzowanego busa. - Dopytywał zdziwiony kierowca.
- Oczywiście, że chcemy. Wczoraj przekonaliśmy się, że bez problemu się w nim mieścimy. Będzie znacznie taniej, a poza tym dla nas to atrakcja sama w sobie. U nas nie ma takich pojazdów. Zabierz nas tam, gdzie zabrałbyś swoich znajomych.
Pierwszym miejscem do którego pojechaliśmy była buddyjska świątynia Yatagala Rajamaha Vihara, zbudowana w środku i wokół naturalnej skalnej jaskini. Wewnątrz bogato zdobionych komnat przyozdobionych freskami przedstawiającymi sceny religijne znajdowały się barwne i kunsztownie wykonane posągi. Największym była postać śpiącego Buddy, wyciągniętego wygodnie pod skalnym nawisem.
- Jak stare są te posągi? - Zapytał naszego przewodnika Leszek.
- Niektóre mają ponad dwa tysiące lat. Ta świątynia została założona w III wieku przed naszą erą. Właśnie wtedy buddyzm przybył na Ceylon i pozostał z naszym ludem już na zawsze.
Dilip zerwał jeden z niezwykłych kwiatów rosnących na drzewie obok świątyni.
- Spójrzcie na ten kwiat. Jest bardzo ważny dla naszej religii. Piękny sam w sobie, ale kiedy rozchylisz jego płatki, zobaczysz kolorowe pręciki. Ta część kwiatu to niebo. Można ją łatwo odchylić do góry... Proszę bardzo. Spójrzcie co znajduje się pod spodem. Słupek kwiatostanu ma kształt buddyjskiej pagody, a te niezliczone włoski wokół, to zgromadzeni przy świątyni ludzie. Ten kwiat to żywy znak od Buddy i symbol naszej wiary.
Ze skalnej świątyni rakietowy tuktuk zawiózł nas do ogrodu botanicznego, w którym uprawia się rośliny wykorzystywane w tradycyjnej medycynie ajurwedycznej. Tam przejął nas specjalista od lokalnych ziołowych specyfików. Wsmarował w nas aromatyczne balsamy, wmówił nam kilka przypadłości wymagających natychmiastowej kuracji produkowanymi na miejscu lekami, z zaskoczenia wydepilował Leszkowi kawałek łydki i zaprowadził nas do sklepiku, gdzie na regałach czekały magiczne proszki i mazidła, które sądząc po cenach wyprodukowano nie z masła kakaowego z dodatkiem cytroneli i kamfory, lecz ze szczerego złota z domieszką platyny. Ograniczyliśmy się do symbolicznych zakupów, za to z przyjemnością skorzystaliśmy z oferty relaksującego masażu, który doskonale odświeżył nas przed dalszą podróżą na mechanicznej taczce.
- Teraz zabiorę was do wioski rzeźbiarzy. Mają tam przepiękne wyroby z drewna. - Oznajmił kierowca.
- Może lepiej nie... Raczej nie będziemy kupować drewnianych słoni. - Oponowałem. - Jaka jest następna propozycja na twojej liście?
- W takim razie pojedziemy na plantację herbaty, ale po drodze możemy zatrzymać się w wylęgarni żółwi morskich. Lokalne stowarzyszenie chroni je, przenosząc jaja z plaży do bezpiecznego miejsca i wypuszcza młode do morza dopiero gdy trochę podrosną. Możecie zobaczyć jak to się odbywa.
Ten pomysł szczególnie spodobał się Karolinie. - Świetnie! Jedźmy tam. Bruno będzie mógł wreszcie zobaczyć z bliska małe żółwie.
Bruno był autentycznie zachwycony spotkaniem z morskimi gadami. Opiekun wylęgarni pozwolił nawet chłopczykowi potrzymać w rączce malutkiego żółwika. Przez najbliższych kilka dni ulubioną zabawką naszego synka był mały, gumowy żółw.
Na plantacji białej herbaty w Tittagalla przywitał nas dystyngowany starszy pan pełniący rolę przewodnika po wielkiej, zielonej posiadłości.
- Witam Państwa na plantacji Handunugoda, będącej jednocześnie wytwórnią dziewiczej, białej herbaty, której tradycja sięga ery starożytnych, chińskich cesarzy. Idea jej produkcji polega na tym, by młode listki ze szczytu krzewu zrywano bez kontaktu z ludzką dłonią. W chińskiej tradycji zadanie to mogły wykonywać jedynie dziewice, zaopatrzone w złote nożyczki i złote miseczki. Wytworzonej w ten sposób herbaty dotykały jedynie usta cesarzy. Oczywiście w dzisiejszych czasach trzymamy się tylko zasady braku kontaktu liści z ludzką dłonią. Jest to jednak wystarczająco wysoki standard, by nasza dziewicza, biała herbata mogła posiadać aż 10,11% antyoksydantów, co jest największym odsetkiem wśród wszelkich naturalnych napojów.
Zapraszam na spacer wśród ogrodów, podczas którego będą Państwo mieli okazję dowiedzieć się więcej na temat uprawy krzewów, skosztować naszej najlepszej herbaty i zwiedzić fabrykę, będącą żywym muzeum, w którym pracujemy na maszynach liczących sobie sto pięćdziesiąt lat.

Źródło: http://www.ikamien.pl/artykuly/24065/